Najnowsze wpisy


Nałogi, ach te nałogi...:)
13 stycznia 2019, 18:22

Od...gdzieś tak dwóch miesięcy próbuję rzucić palenie. Fascynujące jest to, że im bardziej próbuję, tym więcej palę...paradoks...

Chyba wreszcie pogodziłam się z faktem, że nie rzucę po prostu tak z dnia na dzień. Próbowałam i jak dotąd zawsze kończyło się fiaskiem. W pomoc różnych leków, sprayów, plastrów nie wierzę, bo próbowałam wszystkiego i nie pomogło. Za to bardzo ucierpiała moja kieszeń. Teraz wymyśliłam sobie kolejny sposób. Wcześniejsze porażki powodowały, że czułam się słaba, sfrustrowana, że nie radzę sobie z czymś tak małym, jak papieros... Ale teraz doszłam do wniosku, że spróbuję czegoś innego, dłuższego w czasie, ale może wreszcie skutecznego. Po prostu zdecydowałam się na ograniczanie liczby wypalanych papierosów. I nie z 30 do 10 z dnia na dzień...tylko do 15. Od paru dni palę 15. Następny krok to będzie 12, potem 10, 8, 6, 5 aż w końcu zejdę do zera... Mam nadzieję, że tak wreszcie dam radę...

 

No i przyszedł weekend :)
12 stycznia 2019, 08:21

No i mamy kolejny weekend :D

Dla mnie dzień zaczął się przed 4 nad ranem. Niestety od dłuższego czasu nie mogę spać. Próbując zasnąć przewalam się z boku na bok, aż w końcu szlak mnie trafia i wstaję. Zaczynam krzątać się po mieszkaniu, sprzątać, robić pranie, porządkować dokumenty itd. Dzisiaj z kolei poszłam do sklepu po drobne zakupy. Jest otwarty całą dobę, co jest bardzo wygodne dla tych, którzy spać nie mogą. No i omija się tłumy ludzi ;))

Założyłam na FB grupę razem z koleżanką..."Jak piękny kwiat wśród skał". Tytuł trochę poetycki, ale nie chciałam nazywać jej "Grupa dla chorych psychicznie i okaleczających się"...brzmiałoby to trochę brutalnie. Dla mnie jednak porównanie do kwiatu jest bardzo osobiste...każdy z nas ma w sobie piękno, które musi wyjść na wierzch...a skały, to nasze choroby psychiczne, zaburzenia....które próbują nam uniemożliwić wzrastanie... Stąd taki tytuł. Mam nadzieję, że grupa pójdzie w dobrą  stronę. To byłby kolejny kroczek...oprócz pisania tego bloga...z wychodzenia z cienia. Ile można żyć w strachu przed osądem, odrzuceniem, wyśmianiem, poniżeniem...pewnie długo...coś o tym sama wiem, bo żyję tak od 35 lat. Ale chyba nadszedł czas powiedzieć "stop". Ja też jestem człowiekiem, który oddycha, widzi, słyszy i przede wszystkim czuje...I też mam potrzebę (jak każdy człowiek) by być, może niekoniecznie zrozumianą, ale zaakceptowaną taką, jaka jestem.

Tym razem bez tytułu :))
10 stycznia 2019, 21:04

Myślę, że nie ma sensu opisywać całej mojej dotychczasowej historii. Opisując teraźniejszość, moje małe bitwy, zwycięstwa, porażki, smutki i radości, przeszłość sama będzie wychodziła na wierzch...

Jutro idę na terapię. Chodzę od 4 miesięcy. Jest ciężko, jak cholera, ale zdaję sobie sprawę, że musi tak być, by przyniosła efekt. Byłoby to niepokojące, gdybym nie miała zaufania do mojej terapeutki, ale na szczęście ono pomalutku, swoim tempem rośnie i to mnie bardzo cieszy. Terapia jest w nurcie psycho-dynamicznym. Poprzednią miałam w poznawczo-behawioralnym. Ten nurt mi bardziej pasuje. Albo po prostu w tym momencie jest on odpowiedniejszy. 

Jedną z rzeczy, które tam omawiamy to moje mechanizmy dokonywania samookaleczeń i innych zachowań destrukcyjnych (napady bulimiczne, napady agresji itp)... Jest to ciężki temat i niezwykle delikatny, skomplikowany, osobisty. Okaleczam się od ponad 20 lat. Całe ciało mam pokryte bliznami, ale nie ma jednoznacznej odpowiedzi dlaczego to robię, dlaczego zaczęłam i dlaczego tak trudno jest z tym skończyć... Na pewno na takie zachowania ma duży wpływ dziecieństwo...czy miałam poczucie bezpieczeństwa, czy czułam się kochana, zaopiekowana, dowartościowana, zaakceptowana. Na wszystko osobiście mogę odpowiedziec...nie. Nie wiedziałam co to są emocje, jakie są emocje, jak je wyrażać i jak o nich mówić. Dorastając problem się pogłębiał. Jedyne co tak naprawdę o sobie wiedziałam to to, że mam na imię Ewa i ile mam lat. Nic poza tym. W rodzinie czułam się nieakceptowana i niekochana przez rodziców. Miałam wrażenie, że tak naprawdę to wcale mnie nie chcieli, byłam dla nich ciężarem. Mając lat naście problemy tylko dochodziły, poczucia własnej wartości nie miałam żadnego, a w środku wszystko się we mnie gromadziło, buzowało i prędzej czy później musiało eksplodować...no i eksplodowało. Bardzo szybko cięcie się stało się jedynym sensem mojego życia. Brzmi głupio, prawda? Ale tak naprawdę, to jest raczej smutne. Zaczęłam niszczyć siebie w momencie, kiedy też zaczyna poznawać się swoje ciało, chce się być ładnym, nastolatka doświadcza własnej seksualności. Zaczęłam się ciąć mając 13 lat. Dziś na szczęscie nie jest już sensem mojego istnienia niszczenie siebie, choć mam takie zachowanie nadal mocno wszczepione. Ale wierzę, że uda się wszystko naprawić dzięki dobrej terapii, pomocy dobrego psychiatry. A moja pani doktor jest bardzo dobrym fachowcem i wspaniałym człowiekiem....

No nic...jutro kolejny dzień. Życzę żeby był on piękny w małych gestach, pojedyńczych słowach...do szczęścia naprawdę czasem niewiele potrzeba...

Na dobry początek
09 stycznia 2019, 13:00

Mam na imię Ewa. 

Od lat walczę z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi. I o tym chcę pisać. O mojej walce o lepsze jutro i budowanie własnej tożsamości. Nie będzie to smęce ie, jakie życie jest ciężkie, bo to już wszyscy wiemy. Chcę pokazać, że mimo przeciwności losu można żyć pięknie i godnie. Wyciągnąć z życia to, co najważniejsze...